poniedziałek, 14 czerwca 2010


Przepuścić dzieci przez maszynkę do mielenia mięsa i zrobić z nich kotlety? Sergio Dotti - główny bohater dokumentu "La machina" Thierry'ego Paladino - nie jest jednak rzeźnikiem, tylko lalkarzem. Jest też nauczycielem życia dla 10-letniego Adriena, który wyrusza z nim w objazdowe tournee po francuskich miasteczkach. Wspólna podróż będzie dla chłopca nie tylko lekcją lalkarskiego rzemiosła, lecz także zaproszeniem do odkrywania świata fantazji. - Żeby ci się coś przyśniło, żebyś nie spał na darmo - w ten sposób Sergio zachęca swojego podopiecznego do snucia marzeń. Czy Adrien zrozumie niełatwą naukę swego mistrza?

Podczas niezwykłej podróży, w której Sergio i Adrienowi towarzyszy jeszcze jeden pasażer - pies Bestia, poznają mistrza świata w grze w bule - Khalida , spotkają się również z druidem Henricusem Countabellą oraz wyruszą na poszukiwania kamiennych gwiazd Madonne d'Utelle. Niewiarygodne? Imaginacyjna "machina" Sergio Dottiego zadziała: prawda bywa nudna i pozbawiona poczucia humoru, niech żyją "małe kłamstewka"! A magiczne zaklęcie "dzimbumbaj ke wenge lu pantaj"? Gdyby znał je bohater jednego z lalkarskich skeczy - Tony Bonilli - z pewnością uniknąłby śmiertelnego zatrucia kanapką z anchois.

W swym pełnometrażowym poetcykim road movie, wyróżnionym Nagrodą Publiczności na tegorocznym festiwalu Planete Doc Review, Thierry Paladino z delikatną czułością powraca do świata swego dzieciństwa: jako 7-letni chłopiec był w analogicznej sytuacji do tej, w której znalazł się Adrien. Osobista "La machina", przywołująca melancholijny nastrój słynnej "La strady" Federico Felliniego,  to pochwała sztuki jarmarcznej, lecz przede wszystkim apologia potęgi wyobraźni. Otwarcie na pewien rodzaj wrażliwości, kiedy wypowiedziane z odpowiednią dawką ironii przekleństwo "kurczę blade" zyskuje magiczną moc. Zrozumieniem, że zmyślać to nie znaczy kłamać, tylko marzyć.

Dla Adriena podróż z Sergio ma nie tylko edukacyjny, lecz także rytualny charakter. Obecność na festynie Cepun w miejscowości Utelle, szukanie gwiazd ukrytych w kamieniach w Madonne d'Utele, wreszcie - mini-slam poetycki w Clens w dolinie Tinée: wszystkie te wydarzenia stają się okazją do celebracji magii codzienności. Uczestnictwo w zwykłych spotkaniach z przyjaciółmi Sergio staje się dla Adriena rodzajem obrzędu przejścia, inicjacją w dojrzałość, lekcją życia.

Francuski reżyser Thierry Paladino z niezwykłą wrażliwością przygląda się w "La machina" czułej relacji między Sergem a Adrienem. Kamera zabiera nas nie tylko do wnętrza żółtej furgonetki, którą podróżują po Francji, ale też za kulisy teatrzyku, który co wieczór wystawiają na rynku kolejnego miasteczka. Adrien zaczyna przygodę z lalkami od anonsowania wieczornego wydarzenia mieszkańcom miasteczka. Stopniowo Sergio odsłania przed nim kolejne arkana sztuki lalkarskiej i pod koniec filmu możemy już zobaczyć Adriena w autorskim skeczu.

Warto zwrócić uwagę na fakt, że francuskiego reżysera wspomaga operatorsko inny obiecujący dokumentalista Marcin Sauter - autor filmu "Kino objazdowe" (2005), w którym towarzyszył z kamerą dwójce zapaleńców, podróżujących po Polsce ze starym filmowym projektorem i kopiami klasycznych filmów. Tematem "La machina", tak jak "Kina objazdowego", jest bowiem próba ocalenia utraconej magii spektaklu: obojętnie czy mamy do czynienia z seansem kinowym, czy też marionetkowym przedstawieniem.  

Cierpliwa obserwacja charakteryzowała już wcześniejszy dokument reżysera - "Na działce" (2006) - gdzie z sympatią podglądał grupkę głuchoniemych działkowców. Najważniejszym tematem twórczości francuskiego dokumentalisty wydają się być sposoby okiełznywania nudy. Walkę z ciężarem życia prowadzić można przy użyciu różnorakiego oręża: nieważkością zwiewnego poczucia humoru, szczyptą zabójczego jak proszek czosnkowy szaleństwa, wreszcie - siłą nieskrępowanej wyobraźni. Komu brakuje tych cech, powinien odbyć filmową podróż z Thierry'm Paladino. W przeciwnym razie może zdarzyć się, że - jak marionetkowa Piękna Sylwia - zostanie kiedyś przemielony na kiełbasę. 
18:08, wilenta79 , filmy
Link Dodaj komentarz »



Muzyka na streemo.pl - bullshitter


Nie mniejszą radość od oglądania jej choreografii sprawia przyglądanie się jej samej. Pina Bausch przy pracy, z nieodłącznym papierosem, jest - sama w sobie - dziełem sztuki.

52-minutowy dokument "Probe Sacre" w reżyserii Detlefa Erlera jest zapisem próby do spektaklu "Święta wiosny" - przełomowego przedstawienia w karierze Piny Bausch. Przez niemal godzinę jesteśmy w sali prób teatru w Wuppertalu wyłącznie z Piną Bausch i odtwórczynią głównej roli Kyomi Ichidą.

Najpierw ubranie: niemodne męskie spodnie, wpuszczone do wysokich gumiaków i materiałowe nakrycie głowy: ni to czepek, ni czapka pilotka. Pina Bausch wygląda trochę jak zarządca ziemski, albo dyrektor cyrku - brakuje jej tylko nachajki. Zamiast tego jest delikatnie trzymany w palcach prawej dłoni papieros. Choreografia jej ruchów ma w sobie coś z aury arystokratycznej subtelności - w wyniosłym spokoju jej gestów brak jednak artystycznej pozy, wynika on w naturalny sposób z jej charakteru. Pina Bausch po prostu pięknie się porusza.

Niemal godzinna próba z Kyomi Ichidą ujawnia więcej tajemnic teatru tańca Piny Bausch, niż jakikolwiek spektakl artystki. W genialny sposób oddaje wspaniałą sprzeczność jej filozofii tańca: układy Piny Bausch są niezwykle trudne do zatańczenia, ponieważ idą pod prąd naturalnym instynktom człowieka. W swych choreografiach Bausch dociera jednak pod podszewkę oczywistości, do granic prawdy o człowieku. Jej teatr jest wielkim atlasem anatomii tańca.

Wspaniała jest lekcja, której Bausch udziela Ichidzie. Cudowna dysproporcja między spokojnym wykonaniem choreografki a nerwowymi próbami tancerki. Walka z pokonywaniem własnych ograniczeń - zarówno fizycznych, jak i psychicznych. Zdarzało się, że tancerki "Święta wiosny" padały zemdlałe z wycieńczenia w trakcie prób. Zdarzało się, że godzinami próbowały przyzwyczaić ciało i instynktowne odruchy do układów Piny Bausch.

Kiedy Marlon Brando zaczął mamrotać pod nosem, Hollywood lat 50. najpierw zdębiało, potem uznało jego metodę za genialny przykład ekranowej naturalności. Kiedy Pina Bausch kazała swoim tancerzom tańczyć tango siedząc na krzesłach, puryści pukali się w czoło. Dzięki Pinie Bausch wiemy, że tańcem może być też mamrotanie po nosem.

"Probe Sacre", obok innych dokumentów o Pinie Bausch i rejestracji jej przedstawień, można było obejrzeć w ramach unikalnego przeglądu w krakowskim Kinie Pod Baranami. Ci, którzy kojarzyli jej nazwisko wyłącznie z filmu "Porozmawiaj z nią" Pedro Almodovara, mieli okazję obejrzeć zapis całego spektaklu "Cafe Muller", którego element wykorzystał w swym obrazie hiszpański reżyser. W programie przeglądu zabrakło jednego filmu - dokumentu o Pinie Bausch w reżyserii Wima Wendersa. Powód jest prosty - niemiecki twórca jeszcze go nie ukończył. Świetny pretekst, by za rok, już z dokumentem Wendersa, zorganizować kolejną odsłonę przeglądu.

12:49, wilenta79 , postaci
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 czerwca 2010
środa, 12 maja 2010
wtorek, 11 maja 2010


W żywiołowym stylu powracają w ojczyste rejony dwaj meksykańscy aktorzy: Gael Garcia Bernal i Diego Luna, wcielając się w komedii "Rudo i Cursi" w rywalizujących ze sobą na piłkarskim boisku braci.

Obydwaj aktorzy w 2001 roku wystąpili w meksykańskim filmie "I twoją matkę też", który okazał się przepustką do wielkiej kariery nie tylko dla nich, ale też dla reżysera filmu - Alfonso Cuarona (późniejszego twórcy "Harry'ego Pottera i więźnia Azkabanu" oraz "Ludzkich dzieci"). Scenariusz do tamtego obrazu Alfonso Cuaron napisał wspólnie z bratem - Carlosem. "Rudo i Cursi" jest reżyserskim debiutem mniej znanego z braci Cuaron.

Fabuła nie jest zbyt skomplikowana. Oto dwóch braci: lekko opóźniony w rozwoju Tato (Bernal) i tracący rodzinne pieniądze na grze w karty Beto (Luna), którzy mieszkają w zabitej dechami wiosce, zostaje odkrytych podczas lokalnego meczu piłkarskiego przez łowcę talentów z Meksyku o pseudonimie Batuta (Guillermo Francella). Jeden z nich wkrótce stanie się bijącym rekordy meczów bez puszczonej bramki golkiperem o boiskowej ksywce Rudo (Luna), drugi utalentowanym napastnikiem o pseudonimie Cursi (Bernal). W wielkim mieście czekać będą na nich jednak nie tylko wielkie futbolowe kariery, ale też pokusy wielkiego świata; Tato zmarnuje snajperski talent na marzeniach o karierze piosenkarza, Beto wpadnie po uszy w uzależnienie od hazardu. Najważniejszy w ich krótkiej sportowej karierze okaże się jednak mecz, w którym wyjdą na boisko w przeciwnych drużynach.

Można od biedy patrzeć na "Rudo i Cursi" jak na film o futbolu. Reżyser i scenarzysta w jednej osobie od czasu do czasu przemyca słowami narratora (którym jest Batuta) życiowe aforyzmy w stylu słynnego powiedzenia Kazimierza Górskiego: "piłka jest okrągła a bramki są dwie". Takim wydarzeniem staje się sytuacja, w której bracia postawieni zostają na początku filmu. Tato ustawia piłkę na 11. metrze, Bato staje na linii bramkowej. Kto wyjdzie zwycięsko z tej rywalizacji, tego Batuta bierze pod swoje skrzydła. Historia powtarza się pod koniec filmu, kiedy wśród tysięcy widzów na wielkim stadionie Cursi spróbuje pokonać Rudo strzałem z rzutu karnego.

W rzeczywistości piłka nożna to dla Cuarona tylko pretekst, by zaprezentować barwną i pełną żywiołowego uroku kulturę ludową Meksyku. Gdzie indziej, niż na boisku piłkarskim, zwłaszcza tym w Ameryce Południowej, w tak doskonały sposób dochodzi do głosu lokalny koloryt, z rytualnymi gestami, ciętym dowcipem, soczystymi przekleństwami (są nawet walki kogutów)? Gdzie indziej, niż tam bluźnierstwo jest tak nierozerwalnie związane ze sferą sacrum? Gdzie indziej, niż tam w tak swobodny sposób można żartować sobie z czyjejś matki? Urok filmu "Rudo i Cursi" zawiera się w narodowym charakterze tego obrazu. Kiedy Bernal i Luna przekomarzają się w ojczystym języku, w niczym nie przypominają gwiazd Hollywood. Wracają do Meksyku swojego dzieciństwa.

Ze zdrowym dystansem należy traktować więc włączony do filmu fragment teledysku, jaki będący u szczytu popularności Cursi nagrywa, marząc o karierze w show-biznesie. Utrzymany w stylistyce disco-polo utwór to cover znanego przeboju amerykańskiej grupy Chip Trick "I Want You To Want Me". O ile lepiej brzmi to po hiszpańsku: "Quiero que me quieras"...

19:22, wilenta79 , filmy
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 maja 2010


"Gdzie mieszkają dzikie stwory" Spike'a Jonze'a to najlepszy film w reżyserskim dorobku twórcy "Być jak John Malkovich" i "Adaptacji". To także, mimo pominięcia kinowej dystrybucji, jedna z najważniejszych premier 2010 roku.

Kiedy do kin wchodził rewolucyjny "Shrek", krytycy pisali, że to kino zarówno dla najmłodszych widzów, jak i dla ich rodziców. Dzieciom wystarczała zabawna historia, dorośli dodatkowo dostawali garść popkulturowych cytatów. Ekranizacja kultowej w Stanach Zjednoczonych a zupełnie nieznanej w Polsce książki dla dzieci Maurice'a Sendaka "Gdzie mieszkają dziki stwory" jest subtelniejszą odmianą filmu dla całej rodziny. Jonze, zachowując dziecięcą wrażliwość, nakręcił w istocie dojrzały film dla dorosłych. Dzieci i dorośli otrzymują jedną i tę samą historię - koniec z intertekstualnymi zabawami w postmodernizm. Uczciwie? Wreszcie dzieci mogą poczuć się w kinie na tych samych prawach co dorośli!

Przypomina mi się niedawna dyskusja związana z coraz mroczniejszymi filmami serii o "Harrym Potterze". Chodziło o odczarowanie modelu poczciwej bajki dla dzieci - od czasu "Labiryntu fauna" filmy dla nastolatków mogły już zawierać przerażające sceny i upiornych bohaterów. Tak naprawdę nie chodzi jednak o redefiniowanie pojęcia ekranowej przemocy, dostosowywanie jej do ewoluujących przyzwyczajeń młodej widowni - chodzi o punkt widzenia opowiadanych historii. Spike Jonze opowiada swój film, jakby sam był głównym bohaterem, kilkuletnim Maksem, który po kłótni z mamą skrywa się w krainie tytułowych dzikich stworów.

"Gdzie mieszkają dzikie stwory" zaczyna się nietypowo dla tego typu opowieści. Przez pierwszy kwadrans film Jonze'a przypomina niezależną amerykańską produkcję spod znaku Sundance - chaotyczna kamera z ręki, domowe sceny z udziałem mamy i syna: podglądamy kawałek życia współczesnej amerykańskiej rodziny.

Kiedy jednak wspólnie z Maksem wkraczamy do wyimaginowanej krainy, w której spotyka on wielkie, kosmate stwory, zmienia się optyka opowieści. Do głosu dochodzi dziecięca wyobraźnia - tu Jonze jest mistrzem. Nie znam innego współczesnego reżysera, może z wyjątkiem Wesa Andersona i Michela Gondry, który byłby w tak absolutnym stopniu "dzieckiem podszyty".

Popisowym numerem reżysera Spike'a Jonze'a jest chwyt narracyjny, który można określić jako "rozbijemy zabawę". Grupa ludzi w anarchistycznym odruchu doprowadza do całkowitej demolki jakiegoś wycinka rzeczywistości (Jonze stosuje ten zabieg także w najnowszym teledysku do piosenki "Drunk Girls" zespołu LCD Soundsystem). "Gdzie mieszkają dzikie stwory" rozpoczyna się od szalonej wojny na śnieżki między Maksem a kolegami jego siostry, potem mamy scenę domowego buntu, kiedy Max w proteście przeciwko obecności w domu nowego przyjaciela mamy "rozbija rodzinną zabawę", wreszcie tytułowe dzikie stwory poznajemy w momencie, kiedy demolują swoje chatki. Autodestrukcja jest przewodnim motywem twórczości Spike'a Jonze'a, w każdym z nas - nie tylko w dzieciach - mieszkają bowiem dzikie stwory.

Opanować je, to znaczy je zrozumieć. Dojrzała mądrość filmu Spike Jonze'a ujawnia się pod koniec seansu - najpierw w momencie pożegnania Maksa z włochatymi: Carol, Judith, Irą, Douglasem czy KW, następnie w wieńczącej "Gdzie mieszkają dzikie stwory" scenie powrotu chłopca do rodzinnego domu (tu dowiadujemy się, po co była reżyserowi Catherine Keener). Obydwie sekwencje reżyseruje Jonze bez dialogów, polegając na emocjonalnej wrażliwości widza. - Jesteś pierwszym królem, którego nie zjedliśmy - szepcze na pożegnanie do ucha Maksa KW.

Po niebie krążą gdzieś pewnie dwie sowy - Bob i Terry - uważane przez "dzikie stwory" za najmądrzejsze istoty na świecie. Skrzeczącym ptakom głos podkładał sam reżyser. Dla niego "Gdzie mieszkają dzikie stwory" to w pewnym sensie test na dojrzałość - po raz pierwszy realizował film bez scenariuszowego wsparcia Charliego Kaufmana. I nakręcił swoje najlepsze dzieło.
19:27, wilenta79 , filmy
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 kwietnia 2010
czwartek, 22 kwietnia 2010


O godzinie 13 miałem zapukać do pokoju 505 Hotelu Starego na ulicy Szczepańskiej w Krakowie, gdzie miała czekać na mnie Jane Campion. Mieliśmy rozmawiać o jej nowym filmie "Jaśniejsza od gwiazd".

O wyznaczonej godzinie nowozelandzka reżyserka sadowiła się jednak w fotelu w hotelowym holu w asyście podskakującego Andrzeja Sołtysika. Godzinę później, kiedy już wypełniła swe prasowe obowiązki wobec organizatorów festiwalu Off Plus Camera, przyszła pora na lunch. Minęła kolejna godzina, kiedy przedstawicielka polskiego dystrybutora filmu zadzwoniła do mnie: - Jeśli jesteś jeszcze chętny na rozmowę, to Jane Campion czeka w pokoju 505 o godz. 15.10.

Film mi się nie podobał, był najzwyczajniej w świecie nudny, ale dawał pretekst do ciekawej rozmowy na temat związków poezji i kina. Odczekałem w hotelowym korytarzu kolejne 20 minut i wparowałem do pokoju 505. Na podłodze leżały porozrzucane pudełka polskiego DVD jej "Fortepianu". Usiedliśmy przy oknie i zaczęliśmy rozmowę.

Od samego początku Campion starała się zniwelować dystans, który zazwyczaj wytwarza się w relacji dziennikarz-gwiazda. Zaczęła bezpośrednio: - Ja też mam do ciebie pytanie. Ile masz lat? A potem próbowała dowiedzieć się jakie są w Polsce perspektywy zawodu "internet journalist". - Ile zarabiasz? - wypaliła. - To może warto zacząć robić coś innego? Na przykład pisanie scenariuszy... Napisałeś kiedyś scenariusz filmowy? Nie? To nie takie trudne, popatrz, nawet ja parę machnęłam.

Kiedy zaczęła mówić o książce, którą opętany był bohater jej filmu John Keats, wyraźnie zawiodła ją pamięć. - To taka książka o melancholii, bardzo popularna w tamtym czasie... - "Anatomy of Melancholy" Roberta Burtona - podpowiedziałem. - A skąd ty wiesz takie rzeczy? Co cię tak interesuje melancholia?

Pod koniec wywiadu spojrzałem przez okno, z którego rozciągał się widok na dachy Starego Miasta. Powiedziałem jej, że powinna pójść do stołówki Akademii Muzycznej. - Kto mnie tam zaprowadzi? Może ty? - zaproponowała. Powiedziałem, że wystarczy spytać o "Music Academy", każdy wskaże jej drogę. Wyraźnie ucieszona odparła, że na pewno tam pójdzie. Teraz wydaje mi się, że jej propozycja była jak najbardziej poważna.
niedziela, 18 kwietnia 2010


Jak pozbyć się uwierających ograniczeń autocenzury? Pisać dziennik do szuflady. A potem go wydać! "Nocnik" Andrzeja Żuławskiego jest niezwykle ciekawą próbą przełamania modelu poczciwej diarystyki.

"Sztuka, wedle Hannah Arendt, to nie tyle mówienie prawdy, ile jej wywalanie" - Żuławski cytuje niemiecką filozof na początkowych stronach swego opasłego tomu. Można traktować te słowa jak motto "Nocnika". Kiedy w opisie obchodów Roku Conradowskiego, zorganizowanym na "Darze Pomorza", znajdziemy złośliwe uwagi dotyczące organizatora imprezy i jego małżonki, Żuławski kończy akapit słowami: "Zaprzyjaźnieni, choć mnie nieswojo z nikim i niczym się zaprzyjaźniać. Niemniej jednak cień przykrości, że może kiedyś to przeczytają". Podoba mi się ta niemądra odwaga Żuławskiego, bezkompromisowe ustalenie priorytetów, wóz - albo przewóz, ja - albo oni. Na śmierć i życie. "Pisanie osiąga w dziennikach stan metafizycznego obnażenia" - to znów Żuławski.

Czytam jego "Nocnik" jako wyraz sprzeciwu wobec intelektualnych dzienników wielkich polskich pisarzy, m.in. Jarosława Iwaszkiewicza (dostaje mu się za "żałosne mlaszczenia"). Przeciwko czemu buntuje się Żuławski? Dając charakterystykę braci Gouncourtów ocenia, że "byli salonowi, plotkarscy, niebywale wpływowi, nie mówiąc o wyrafinowaniu kulturalnym, więc pisali kiepskie powieści". Żuławski protestuje przeciwko: elegancji, higienie i dobremu tonowi. Jego "Nocnik" jest pisany "do góry nogami, opacznie, w poprzek". "Takiej formy nieowiniętej w bawełnę, niebeletryzowanej, niezastanawiającej się nigdy nie próbowałem" - notuje autor. I dalej, za Tołstojem, wykłada: "Masz uważać, psia krew!, co czytasz, uważać jak piszesz. Nie skreślaj nieporadności, nieumiejętności, potknięć. Odwrotnie! Zostaw je, korzystaj z nich, twórz je, gdy ich brak: na tym polega rzemiosło, fach, talent pisania".

To tyle, jeśli idzie o zamiary. "Nocnik" nie różni się bowiem narracyjnie od poprzednich powieści Żuławskiego. Mamy więc obszerne sprawozdania z lektur (Junger, Sebastian, Tołstoj, Marai, Woolf), przetykane dziennikowymi notatkami i "strzępami powieściowymi" (w których alter ego autora jest postać o imieniu Hadrian). Czymże są "strzępy powieściowe"? Próbą ożywienia dziennika, wprowadzeniem w jego prawdziwą strukturę "materii zmyślonej, wykoncypowanej". Stąd m.in. wątek historyka (Hilary), którego narrator spotyka podczas festiwalu w Moskwie, gdzie przewodniczył obradom jury (prawda, Żuławski przejął tą funkcję po nagłej rezygnacji Michaela Haneke). I wątek kryminalny - historyk popełnia w Moskwie morderstwo. Organiczne współistnienie dziennika, literatury faktu i powieści to być może powód największej czytelniczej konfuzji przy lekturze "Nocnika".

Po co się bawić w te pseudonimy? - mógłby zapytać czytelnik. Pyta sam siebie również Żuławski, słowami wspomnianego historyka. "Po co się bawić w te pseudonimy? W tę ciuciubabkę. Ty jesteś Andrzej, mów mi Jasiek. Milczenie. `Po co?' zostaje za kulisami, ciemne a przejrzyste. Bez twarzy". Dla czytelnika twarzą Esterki jest jednak Weronika Rosati. Bez trudu rozpoznamy też w "Nocniku" innych zakonspirowanych bohaterów życia publicznego. Ta mistyfikacja nazwisk i imion, mieszanie postaci rzeczywistych z wyobrażonymi, jest częścią strategii polegającej na beletryzacji dziennika. Albo ugazetowieniu powieści. W deklaracji Żuławskiego, że "Nocnik" należy traktować jako powieść, odnajduję echo stworzonego przez niego w książce "Perseidy" terminu "autopowieść". I wszystko jasne. "Jestem kłamstwem, które mówi prawdę" - wyjaśnia Żuławski słowami Jeana Cocteau.

"Nocnik" Żuławskiego jest ideą, nie książką. Nocnik jest stanem umysłu. Autorską filozofią. Słowem-kluczem. Obsesyjna jest semantyczna wrażliwość Żuławskiego, którą wyraźnie widać np. w wyborze imienia dla swojego powieściowego sobowtóra. Wyczulenie na słowo odnajdujemy również w sarkastycznych żachnięciach pod adresem polskiego tłumacza "Dzienników" Ernsta Jungera, czy wprowadzanych dla zabawy w nawiasach spolszczeniach zagranicznych nazwisk. Także nocnik. "Literatura jest owszem mrówczą pracą, ale i bluźnierczą plotą" - Żuławski odkrywa wszystkie karty na początku książki. I dotrzymuje słowa. Mrówczą pracą jest też lektura 640-stronicowego "Nocnika". By uniknąć osadzania się nieoszlifowanej prozy Żuławskiego "w ustach i głowie" ("aby proza nie toczyła się gładko, żeby zatrzymywała się w ustach i głowie, jak na kamyczkach" - to znów o Tołstoju) polecam czytać go, tak jak był pisany. Ustęp dziennie. Może być w ustępie - spodobałoby się autorowi.
12:11, wilenta79 , postaci
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 18